Wdrapałam się na wysoki stołek barowy podsunięty mi przez Theo i usadowiłam się na nim na tyle wygodnie, na ile takie konstrukcje pozwalają. Rzuciłam Theo spojrzenie pełne wdzięczności i uśmiechnęłam się z ulgą:
Paulov
-Widzisz tego gościa, tam- skinęłam głową w kierunku Petera, oczarowującego właśnie kolejną kobietę- Uch, nie lubię takich typów, nachalny bubek. Rzuciłam jakąś kąśliwą uwagę pod jego adresem i skorzystałam z okazji, że się zjawiłeś, żeby salwować się ucieczką-tym razem roześmiałam się na całe gardło- Po prostu spadłeś mi z nieba. Hmm, inna sprawa, że po cichu liczyłam na nasze spotkanie.- zerknęłam z ukosa, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie obruszyły go moje słowa. Chyba przyjął je gładko, więc dałam się ponieść zdrowej, kobiecej ciekawości- A czemu drinki musimy odłożyć na inną okazję? - podparłam wygodnie, acz niezbyt wdzięcznie głowę na dłoni i czekałam, co też usłyszę w odpowiedzi?
Lekarz spoglada na Ciebie, wyraźnie widać, ze jest zmęczony, zaniepokojony i niezadowolony. W moemencie gdy otwiera usta, by odpwiedzieć na pytanie wchodzi pierwszy oficer za nim Lynnet. Doktor zwraca sie do pierwszego:
- Zapił sie dupek i zbił... Dzieciak gdzieś sie zgubił, trzeba bedzie poszukać, bo w jego wieku i przy takiej pogodzie łatwo trafić za burtę... poza tym może i on potrzebuje lekarskiej pomocy... Po czymś takim dorosły miał by problemy ze snem, o brzdącu nie wspominając. Biedny mały, takiego ojca mieć... - lekarz klepie oficera w ramię - No zakasuj rękwy Perry, bierzemy sie do roboty, po tych z rozbitego Lorda Jima powinieneś mieć wprawę.
Pierwszy słucha słow kolegi, nie spusczając wzroku z Twojej osoby zaraca się do niego:
- A to kto? - wskazuje na Ciebie nieogolonym podbródkiem - [i]Cholera jescze wszędobylskich "cywili" nam tu potzreba... Emmet?
kucajacy przy torbie lekarz odwórócił głowę:
- [i] Przyszedł za Lynnet, podobno ona i dzieciak dali nieżły koncert. Sam rozumiesz.. Dziwisz sie? Też bym poszedł.
pierwszy odwraca sie do Ciebie:
- [i] Niech pan opuści to miejsce i nie wspomina nikomu co tu widział. Acha gdyb przypadkiem odnalzł pan dzieciaka, proszę sie ze mną skontaktować. nazywam się Perry Lindberg, znajdzie mnie pan na mostku. Tymczasem żegnam.
Oficer skinął do ciebie głową w pożegnaniu, po czym wszedł do łazienki
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Nie wiedziałem, czy zostawić go tu i szukać kogoś, kto się nim zajmie. Może poprosiłbym Panią Ewę, żeby chwilkę go popilnowała. No tak, ale ona jest w barze. Chodziłem tam i z powrotem po kajucie nie mogąc znaleźć odpowiedniego wyjścia. Muszę kogoś zawiadomoć, by ktokolwiek wiedział gdzie on jest. Poszedłbym na mostek, czy do recepcji, ale nie mogę go tu tak zostawić. Z drugiej strony, mógłbym mu powiedzieć, że zaraz wracam, ale niech lepiej uśnie.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Ostatnio zmieniony przez Fiona 2006-03-04, 15:25, w całości zmieniany 1 raz
Lekarz spoglada na Ciebie, wyraźnie widać, ze jest zmęczony, zaniepokojony i niezadowolony. W moemencie gdy otwiera usta, by odpwiedzieć na pytanie wchodzi pierwszy oficer, za nim Lynnet. Doktor zwraca sie do pierwszego:
- Zapił sie dupek i zbił... Dzieciak gdzieś sie zgubił, trzeba bedzie poszukać, bo w jego wieku i przy takiej pogodzie łatwo trafić za burtę... poza tym może i on potrzebuje lekarskiej pomocy... Po czymś takim dorosły miał by problemy ze snem, o brzdącu nie wspominając. Biedny mały, takiego ojca mieć... - lekarz klepie oficera w ramię - No zakasuj rękwy Perry, bierzemy sie do roboty, po tych z rozbitego Lorda Jima powinieneś mieć wprawę.
Pierwszy słucha słow kolegi, nie spusczając wzroku z Twojej osoby, zaraca się do niego:
- A to kto? - wskazuje na Ciebie nieogolonym podbródkiem - Cholera jescze wszędobylskich "cywili" nam tu potzreba... Emmet?
kucajacy przy torbie lekarz odwórócił głowę:
- Przyszedł za Lynnet, podobno ona i dzieciak dali nieżły koncert. Sam rozumiesz.. Dziwisz sie? Też bym poszedł.
pierwszy odwraca sie do Ciebie:
- Niech pan opuści to miejsce i nie wspomina nikomu co tu widział. Acha gdyby przypadkiem odnalzł pan dzieciaka, proszę sie ze mną skontaktować. nazywam się Perry Lindberg, znajdzie mnie pan na mostku. Tymczasem żegnam.
Oficer skinął do ciebie głową w pożegnaniu, po czym wszedł do łazienki
Fiona
Mały jest co raz mocniej zmęczony i oczy pomimo dzisiejszych przeżyć same mu się zamykają. Scotty sie nie sprzeciwiał, więc położyłeś małego na łóżku i przykryłeś kocem. Usiadłeś obok. Usłyszałeś senny lekko schrypnięty od niedawnego płaczu głos:
- Potrzymasz mnie za rekę? Mama zawsze mnie trzymała i czytała bajki. Pan pewnie nie zna bajek, bo dziadek nie znał... - Scotty przymknął oczy, mówił coś jescze, ala co raz cichszym głosem. Zrozumiałeś jescze tylko - ... i mama powiedziła że musimy się przeprowadzic i Jessica płakała, chociaż dostała małego pieska ...] Z nie dokończoną opowieścią na ustach Scotty zasnął wtulony w Twoja poduszkę.
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Ostatnio zmieniony przez Allisha 2006-03-04, 15:44, w całości zmieniany 2 razy
Z gonitwy przeróżnych gdybań i myśli, wyciągnął mnie senny głos Scotty'ego.
Nie odpowiedziałem nic, by pozwolić mu pogrążyć się we własnych snach. Połozyłem mą starą, już za nadato pomarszczoną dłoń na jego małej, jasnej rączce. 'Quae vetera nunc sunt, fuerunt olim nova'*. Poczułem miłe ukłucie w okolicy serca. Wszystko wróciło... kiedy Klara była mała i Cristy tak ją objemowała przed snem. Na myśl o żonie nie zrobiło mi się przykro, jak dotąd. Wiedziałem, że ona gdzieś tam jest i pod jej opieką będzie mi dobrze. Dlatego postaram się, by jemu było dobrze pod moją, bądź co bądź nędzną opieką.
Zapominając o wszystkich dręczących mnie problemach, uśmiechnąłem się w duchu do siebie i opierając się o poręcz łóżka, patrzyłem na Scotty'ego.
* To, co teraz jest stare, kiedys też było nowe.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
-Dobrze, zrobię to co mi pan mówi...- powiedziałem po czym udałem się w stronę kajuty nr 23. Muszę wyjaśnić z tamtym mężczyzną kilka zdań... Kiedy doszłem do kajuty zapukałem grzecznie. Sądząc po wyglądzie tego gościa powiniennem zachowywać się jak arystokrata żeby nie wszczynać bójek w obecności chłopca który i tak już wiele przeżył...
Chyba lekko przysnąłem, ale w każdym bądź razie usłyszałem pukanie. Delikatnie odsunąłem mą dłoń i stąpając na palcach podszedłem do drzwi i otworzyłem je.
- Witam. - powiedziałem grzecznie do pana, który stał za progiem. Nawet nie wiem kto to może być. - Czy my się znamy?
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Ostatnio zmieniony przez Fiona 2006-03-04, 18:39, w całości zmieniany 1 raz
-Witam... Nazywam się Dave Land. Spotkaliśmy się w łazience gdzie były zwłoki i pewien chłopiec. Zaprosi mnie pan do środka czy będziemy rozmawiali na zewnątrz?- powiedziałem ale zdziwiło mnie że ten człowiek nie ma o mnie żadnego pojęcia bo ja go nie zapomiałem...
Stopien uzależnienia: Fan
Wiek: 20 Dołączył: 31 Sty 2006 Posty: 161 Skąd: New Sacz City
Wysłany: 2006-03-04, 18:36
Po spotkaniu z Ewą skierowałem się do własnej kajuty... - Ale ten statek jest alkohologenny - pomyślałem - Codziennie jakaś okazja... Ale co tu można innego robić... Idąc dalej, rozmyślałem sobie o swoim dotychczasowym pobycie na pokładzie tej łajby - Poznałem kilka ciekawych osób, zasmakowałem różnych potraw, drinków... Można powiedzieć, że jak na swoje możliwości, to szaleje jak nigdy... Szkoda tylko, że sen z powiek spędza mi osoba tajemniczej Pani Gloom... Zamyślony, omało co nie przegapiłem swojej kajuty, ale w końcu dotarłem do celu... W głowie mi szumiało, statek jak na złość kołysał się jak opętany, wszystko wskazywało na to, że czeka mnie ciężką noc... Jednak nie miałem wielkiego pola manewru, po wieczornej toalecie położyłem się do łóżka i z całych sił starałem się zasnąć... Nic jednak ze snu nie wyszło, więc nie chcąc męczyć się dłużej, postanowiłęm wstać i włączyć TV... - O! "Moda na sukces" - ucieszyłem się... Wiedziałem, że nic nie potrafi mnie uśpić lepiej niż taki serial... Tak więc oddałem się "przyjemności" oglądania rodu Foresterów i czekałem na zbawienny tego wieczoru sen...
_________________ Remember: A tricky time never stops...
Momentalnie zmieniłem wyraz twarzy na raczej nieuprzejmy. Teraz już sobie go przypomniałem.
- Na zewnątrz! - niemal krzyknąłem - Może coś mi pan wytłumaczy. Nie chcę obudzić małego. Zasnął. - to mowiąc przekroczylem drzwi i zamknąłem kajutę.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Do Graczy
Statkiem co raz mocniej kołysze. Z okien bulajów widać, że fale wyraźnie przybrały na sile, wiatr również. co wiecej, zaczęło lać. Zapadajacy po woli zmrok, czarne burzowe chmury dodatkowo utrudniaja widocznosć. Możecie sobie jedynie wyobrazić, jaki to kłopot dla kapitana i oficerów manewrujacym statkiem.
Amatorów mocnych trunków powoli ubywa z baru. najwidoczniej nawet drinki i mili barmani nie potrafią sprawić, by pasażerowie się rozluźnili i nie poddali niepokojowi.
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Zamknęłam drzwi i omal sie nie przewróciłam, bo zakołysało mną niemiłosiernie... popatrzyłam do góry i zobaczyłam paskudną burzę. W jednej chwili zaczęło okropnie lać...ja byłam ubrana na biało i lekko...Nikogo nie było na zewnątrz, oprócz mężczyzny który właśnie biegł do swojej kajuty otwierając ją i zamykająć prędko. Ja zrobiłam to samo. Biegłam koło kajut...12,13,14.... Jeszcze chwile i będe. Jest. Dobiegłam do mojej kajuty znowu o mało sie nie przewracając. Otworzyłam szybko drzwi i wbiegłam do środka. Woda lała się ze mnie... Nie tak bardzo ale włosy miała troche mokre. Jedyne co przyszło mi na myśl to wziąć prysznic i położyć się spać. Wzięłam prysznic - faktycznie, ale spac sie nie położyłam. Najpierw wysuszułam włosy i odziałam się w mój jasnobłękitny szlafrok. Potem przebrałam się w jeansy i zwykłą biała bluzkę z krótkim rękawkiem. Zaplotłam także warkocza. Usiadłam ciężko na łóżku i oparłams ię o ścianę... Wzięłam do ręki komórkę i zobaczyłąm napis "Masz jedno nieodebrane połączenie". Z wielką radością i niepewnością odblokowałam komórkę i chciałam sprawdzić kto to, bo dawno sie nikt nie odzywał...Miałam nadzieję że to Gary, ale to był kolega z pracy - Mike. Fajnie że Mike sie odezwał - ale nie liczyłam na Mike'a... Usiadłam teraz przy bulaju spoglądając na bardzo wzburzone i wściekłe morze...znowu przeleciał mi przed oczami najstraszniejszy scenariusz naszej "spokojnej" wyprawy...
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Stopien uzależnienia: Uzależniony
Zaproszone osoby: 10
Wiek: 17 Dołączyła: 29 Gru 2005 Posty: 532 Skąd: Upper East Side
Wysłany: 2006-03-05, 16:12
"Super...no i zostałam sama"-pomyslałam kiedy Rebecca wystraszona troche pogodą poszła do swojej kajuty. W sumie tez już miałam iść ale jak sobie pomyslałam ze miałabym sama siedziec w kajucie i myslec o pogodzie postanowiłam zostac narazie w barze. Podeszłam i siadłam znowu przy barze. Barman Sam czyścił obok szklanki.
-"I jak...mówił Pan żeby się nie martwić a tu coraz gorsza pogoda i ludzi z baru ubywa"-powiedziałam do Sama popijając drinka.
_________________ Szczycę się sarkastycznym podejściem do życia.
__________________________________
for a pessimist, I'm pretty optimistic. ;}
Patrząc na morze przypomniałam sobie o kolacji...spojrzałam za zegarek w komórce. Było chwile po szóstej. Za chwile pewnie pójde na kolacje...a pogoda z minuty na minutę coraz gorsza. Nie wiem może poprostu wezmę ze sobą parasol...tak chyba tak. Ubrałam się w inne jeansy, bo tamte były troche starte. Te co ubrałam były nowe, bo kupiłam je zaraz przed wyjazdem. ubrałam także białą elegancką bluzkę z klamrą i czarny żakiet. Kaprys chciał że wcale pogoda sie nie poprawiała, więc wzięłam parasol i zamknęłam dobrze drzwi. Powędrowałam na kolację do restauracji po drodze kilka razy sie prawie przewracając.
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Po skończonej rozmowie z Franciszkiem postanowiłem pójść do swojej kajuty. Nagle stanąłem jak wryty, przede mną stała kajuta nr 16. Mimo wielkiej pokusy postanowiłem nie stukać, ale iść tam jutro z Theo. Wróciłem do swojej kajuty i zasnąłem twardym snem.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum