-Widzi pan... Ta sprawa jest bardzo zawiklana... Spotkałem tą kobietę. Ona uciekała i kiedy weszłem był tam chłopiec i ciało. Spotkałem pewnego człowieka... Należał do obsługi i chciał, żebym przyprowadził je do niego, bo dużo przeżyło- powiedziałem.-Nie powiedziałem mu gdzie jest dziecko mimo że wiedziałem że ma je pan. Ja sie panu przedstawiłem, teraz pana kolej...
- Nazywam się Franciszek Wyrobek. Ale kto uciekał? Matka chłopca? Co się wogóle stało w tej przeklętej łazience - mówiłem coraz bardziej poddenerwowany.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Patrząc czy nikt nie patrzy powiedziałem:
-Jakiś lekarz mówił, że ten człowiek jest kolejnym martwym i że był on ojcem tego chłopca, chyba się upił, jeśli to dobrze zrozumiałem... Wie pan, panie Franciszku powiem panu szczerze, że nie za bardzo w to wierzę, że nie za bardzo w to wierzę, bo na podłodze była broń którą zabrał... ktoś z obsługi, ale niech to zostanie między nami.
- Ko-kolejnym? - nie mogłem zebrać myśli - Jak to ojciec, upił się... znaczy... a krew? Scotty cos mi mowil o skaleczeniach, ranach, ale...?Wzrok miałem tak błędny, że chyba sam bym sie nie poznał w zwierciadle. Nogi miałem jak z waty i wogóle nie miałem pojęcia co o tym wszystkim mysleć.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
- Chyba nie padły strzały. Słyszelibyśmy to, a w każdym bądź razie, dziecko byłoby w o wiele wiekszym szoku. A wlaściwie - powiedziałem już opanowując sie trochę - Co PAN ma wspólnego z tą sprawą - zgromiłem przybysza wzrokiem, dając mocny nacisk na słowo PAN.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Ja też usłyszałem te krzyki i wpadłem tam malutką chwilkę przed panem, ale lepiej niech pan nie próbuje to gdzieś zgłaszać bo i ja i PAN będziemy mieli problemy- powiedziałem starając się powiedziec PAN z tak samo mocnym naciskiem.
Słowa Dave'a trochę mnie uspokoiły, ale tylko pod względem bezpieczeństwa dziecka. Gorzej już z tymi "problemami".
- Skoro byliśmy tam tylko przypadkiem, to dlaczego mamy mieć problemy? Rozumiem, że nie musimy o tym zgłaszać, bo obsługa juz wie i rozumiem, że nie możemy rozpowiadać tego po statku. Ale dlaczego mamy mieć kłopoty? No i przede wszystkim: co ze Scotty'm?
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Kto to jest Scotty? Jeśli to ten chłopiec to niewiem. Mógłbym go oddać pewnemu człowiekowi z obsługi lub może na razie zostać u pana. Ja pan chce, ja pana nie wydam panie Franciszku...
- Niech pan lepiej nie uzywa słowa "wydam". Jest takie... podejrzane. Chyba jednak wolałbym, żeby na tą chwilkę został u mnie, jak się obudzi, to pójdę z nim do obsługi. Tylko gdzie dokładnie? Do recepcji? A wie Pan, gdzie jest jego matka?
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
- To może na razie niech Pan wejdzie - powiedziałem otwierając przed gościem drzwi - Scotty był wyczerpany i nie mam serca nigdzie go teraz targać, zwłaszcza po tym, co przeszedł. Może nie mam tu nic do poczęstunku, ale jeśli ma Pan czas chwilkę porozmawiamy. - skończyłem uśmiachając się w duchu do siebie. Byłem zadowolony z faktu, że ten człowiek jest tylko przypadkowym obserwatorem ubiegłych zdarzeń. Inaczej chyba miałbym o nim inne zdanie.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Zanim weszliście do kajuty, widzicie, że w waszym kierunku zmierza młoda kobieta. Boone, rozpoznajesz w niej histeryczna Lynnet. Pochodzi do was i zwraca do Boona:
- Przepraszam - kobieta ma poważną minę i nadal jest zdenerwowana - Coś mnie tknęło i poszłam za panem...Chcą nie chcąc słyszałam rozmowę panów - patrzy teraz na wasza dwójkę - Cieszę sie, ze dziecko znalazło opikę, zgłoszę to kapitanowi, nikt z nas nie miał by teraz czasu na opiekę nad małym... Wygląda na to, że jego opiekun samobójca porwał dziecko.... Znaleźliśmy list ... Mały nie ma tu nikogo i Bóg jedn wie, co stało sie z matką... - Lynnet niemal ma łzy w oczach, zaciska na moment usta - W Sydney małym zajmą się władze, być może uda im się odnaleźć kogoś z rodziny. Tymczasem dobrze by było gdydby dzieciek tu pozostał, budzic go teraz było by świństwem...
Kobieta waha sie moment, by za chwile spojrzeć Boonowi w oczy:
- Pytał pan co sie dzieje... chyba winna jestem małe wyjaśnienie... Oficerowie są podenerwowani. Złapaliśmy sygnał sos nadawany z jachtu. Niestety... Syagnał rwał sie i zanikał... W efekcie nie pomogliśmy nikomu z Lorda Jima... Chyba, że pomocą nazwać można wyłowienie z wody ciał... To zadziwiajęce. Z jachtem stało sie coś dziwnego, przepadał.... Ci ludzie.. oni najprawdopodbniej wyskoczyli w popłoachu za burtę, nie mieli nawet kapoków, żadnych obarażeń...zmarli w wodzie...- dziewczyna potarła palcami czoło w zamyśleniu - Na mostku nie mogą połaczyć się nie tylko z jakim kolwiek innym statkiem, ale nawet portem. Elektronika wariuje.. Właściwie płyniemy teraz na oślep... - Spoglada po waszych twarzach - Rozumiecie teraz panowie, dlaczego proszę byście zajęli się dzieckiem. Niech to co powiedziałam zostanie między nami. Nie potrzebna nam na statku panika. Tymczasem żegnam. Niech Bóg ma was w opiece i życzę nomen omen dobrej nocy.
Dziewczyna z przepraszjacym, smutnym uśmiechem na ustach odwraca sie i idzie w tą samą stronę, z której przyszła.
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
- Nikt to nie miał zamiaru go budzić - powiedziałem sam do siebie ze smutkiem w głosie. Może nie denerwuje mnie myśl, że będę musiał się opiekowac teraz małym, bo zdążyłem go polubić i bać o niego. Tylko czy ja dam radę? Powinienem; w każdym bądź razie, muszę zdobyć jego rzeczy, o ile ten porywacz cokolwiek dla niego miał. Ale tym zajmę się później.
- Ciekawe gdzie dopłyniemy, skoro są takie kłopoty i ta przeklęta pogoda. - zaczynałem byc coraz bardziej poddenerwowany, choć to mi się prawie nigdy nie zdarza.
Nie bacząc na Dave'a i zostawiając cały czas otwarte drzwi zagłębiłem się w pokoju, by poszukać jednej jedynej własności malucha. Prawdopodobnie. Z głębi szafy z satysfakcją wyciągnąłem malutką, kolorową piłeczkę.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
-I co pan na to powie... Jesteśmy niewiadomo gdzie na Pacyfiku, nie możemy się połączyć...
Nie jest ciekawie zwłaszcza, że teraz płynąc na oślep nie wiadomo gdzie dopłyniemy.Proszę chwileczkę poczekać...- powiedziałem. I spojrzałem w stronę Lynnet, która jeszcze nie zniknęła.
- Proszę panią- krzyknąłem dopędzając ją- dobiegłem i zapytałem się- W którą stronę płynie statek aktualnie? Północ, południe wschód czy zachód?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum