Sapiąc i trzymając się rękami mocno deski machałam rozpaczliwie nogami. Przesunęłyśmy się bardziej w bok statku. Teraz na moje oko nic nam nie zagrażało...w oddali widziałam deskę z panem Franciszkiem, dzieckiem, wspaniałomyślnym Peterem...Badz co badz, ale to jemu zawdzięczamy to, że wydostaliśmy się ze statku. Smród paliwa i dymu juz zniknął, ale teraz za to źle mi było patrzeć na pełno trupów w wodzie bez kapoków, bez niczego przy sobie...tylko pływały zazwyczaj twarzami do dna i obijały sie czasami o naszą deskę. Przez cały ten czas w milczeniu odpływałyśmy żwawo od statku, zbliżając się coraz bardziej do wyspy. Co bliżej - tym więcej miałam sił. Zamarłam. Przecież zostawiliśym Dave'a, któremu zawdzięczam tak wiele...dzięki niemu wydostałam się z kajuty na pokład...dlaczego o nim nie pomyślałam. Wciąż odpływając od walącego się statku myślałam o tym co się mogło stac. Z jednej strony byłam niemal pewna że sobie poradzi...z drugiej strony...skąd mogłam mieć pewność? Coraz bardziej przyzwyczajałam się do chłodnej wody...nawet nie była taka zła. Myślałam że będzie lodowata...O jak marzyłam w tej chwili położyc sie leniwie na łóźku...Holerna burza...to przez tą holerną burze, która tak nas zaskoczyła, musimy się męczyć z Ewą...Spoglądałam na nią co jakiś czas. Na jej twarzy malowało się zmęczenie a zarazem wytrzymałość. Poczułam bardzo doskwierający głód. Ale cały czas dzielnie machałam nogami trzymająć się mocno deski. Sam mamrotał coś, ale jak na takie złamanie mogłam go pochwalić za wytrzymałość. Kostka już mi tak nie przeszkadzała w holowaniu deski i pływaniu. Teraz największym wrogiem było zmęczenie... Nie wiedziałam że jestem taka wytrzymała...owszem Krav Maga zawsze coś dopomagała w kondycji...ale to nie to samo co np. karate czu judo. Płynęłam wciąż oddalając sie od statku. Kilka desek pływało beznamiętnie i luźno, a część, tych bardziej przydatnych była zapełniona ludźmi. Oni tez dzielnie radzili sobie z przeciwnościami losu...Uda nam sie uda...powtarzałam cały czas przy każdym zamachu nogą. Byliśmy coraz bliżej wyspy. Czułam się jak w wyścigu. Na przedzie była jakaś grupka ludzi rodzielonych na dwóch "holowonikach". Potem za nimi. nieco na boku Peter i spółka. Ah, Peter także machał nogami ile sił. Wyglądał nawet tak, jakby wcale nie czuł zmęczenia. Ciekawe ile już tak płyniemy...czuje sie jakbym płynęła cały dzień - w wodzie zupełnie straciłam poczucie czasu. W oddali widziałam już tylko płonący stos gruzu...nie wybaczyłabym sobie gdybym nie podpłynęła do Ewy. W końcu zawdzięczam jej deskę, a ona mi drugi motorek Na moje oko, o ile mnie nie myliło od wyspy dzieliło nas jakieś 250-300 metrów. Widać już było troche plaży. To napewno nie cywilizowana wyspa...kompletnie nie wiem dlaczego na początku tak sobie pomyślałam. Myśl o tym, że nareszcie będe mogła odpocząć zmobilizowała mnie i nieco szybciej, nawet w lekkim uśmiechu o którym na początku nie miałam pojęcia zaczęłam szybciej i szybciej machać nogami...Coś czułam że nam się uda
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Stopien uzależnienia: Uzależniony
Zaproszone osoby: 10
Wiek: 17 Dołączyła: 29 Gru 2005 Posty: 532 Skąd: Upper East Side
Wysłany: 2006-03-09, 20:08
Starałam się pomóc nieco Peterowi w "holowaniu" deski ze mną Panem Franciskiem i małym chłopcem. Machałam nogami ile sił mogłam z siebie wykrzesac. Byłam nieco przybita całą tą sytuacją a jednoczesnie się cieszylam, że żyje i płyne w strone naszego "zbawienia" wyspy. Byłam tez troche zdziwiona postawą tego całego Petera. W barze wydawał mi się zwykłym frajerem i egoistą ale kiedy przyszło co do czego to potrafił się zachowac. Popatrzyłam na Pana Franciszka i malca który wtulał się najmocniej jak tylko mogł w Franciszka. W tym momencie całą swoją uwage skupiłam na wyspie i jak najszybszym dotarciu do niej. Nie wybaczyłabym chyba sobie gdyby temu malcu coś się stało. Nie zwarzając na trupy w wodzie i moje zmęczenie machałam nogami jak najszybciej się dało...
_________________ Szczycę się sarkastycznym podejściem do życia.
__________________________________
for a pessimist, I'm pretty optimistic. ;}
- Jest Pan pewien...? No skoro tak. - tępym wzrokiem wpatrując się przed siebie przytuliłem chłopca mocniej, kontynuując i sporadycznie machając nogami zanurzonymi w wodzie - Odpocząć to chyba mi się nie uda, ale przynajmniej spróbuje pomóc. Chociaż to mogę dla niego zrobić. - nadal jakby nieobecny wpatrywałem się w nieznane. Nie zwracałem uwagi na topielców, ani hardą minę holownika i tej blondynki. Nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego spotkało to akurat mnie. Po prostu byłem. Można nawet dodać, że w szoku, ze względu na to, iż nie byłem w stanie ogarnąć tej sytuacji.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
-Skacz!- krzyknąłem do Theo, ale zanim skoczyłem powiedziałem- mam nadzieję, że potrafisz pływać.
Kiedy skończyłem moją wypowiedź skoczyłem do wody i zacząłem odpływać powoli od statku czekając na Theo
Stopien uzależnienia: Fan
Wiek: 20 Dołączył: 31 Sty 2006 Posty: 161 Skąd: New Sacz City
Wysłany: 2006-03-10, 10:15
Widząc, że to już ostatnie chwile, kiedy to statek trzyma się jakoś na wodzie, bez zastanowienia wyskoczyłem za burtę. Zderzenie z wodą było niczym "pocałunek" z betonem. Chwilę po tym, otrząsnąłem się na tyle, by zacząć z całych sił odpływać od statku. Większość ludzi, w tym i Dave, kierowała się w stronę wyspy, więc i ja tam się skierowałem...
_________________ Remember: A tricky time never stops...
Języki ognia nieco przygasły zdławione przez morską wodę. Smród spalenizny i pasażerowie w panice opuszczający pokład były dodatkowym bodźcem, który sprawił, że bez wahania obaj wskoczyliście do wody. W momencie o tyle szczęśliwym, że po chwili co raz śmielej wstający pogodny ranek zakłóciła eksplozja. W wokół waszych głów fruwały kawałki desek, metalu, ubrań, ludzkich ciał i bagażu. Dave, tylko cudem nie dostałeś mocniej w głowę kawałkiem framugi niesionej podmuchem. Skończyło się jedynie na dość długiej, acz płytkiej ranie, z której cienie krew. Boli jak diabli, szczególnie w momentach, których zranione miejsce omywa słona woda.
Theo, też nie wyszedłeś cało. Krótkotrwałe, acz bolesne zderzenie z płonącymi szczątkami zaowocowały poparzeniem lewej ręki od łokcia w górę i barku.
Po raz ostatni zerknęliście za siebie. Wypalony i rozczłonkowany wrak Paradise Lost, niemy pomnik katastrofy, sterczał rzucony na rafę.
Wkładając całą siłę jaka w Was pozostała płyniecie w stronę zbawczego lądu, omijając przeszkody w postaci resztek statku i ludzi.
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum