Woda od dawna jest dosć płytka. Jest juz widno, słońce wstało, świeci wesoło. Zmęczeni, resztką sił docieracie do plaży. Peter teraz wyraźnie zdyszany, bierze Scottyego na ręce i sadza na piasku. Zdezorientowane dziecko szeroko otwartymi oczyma wodzi po plaży zasłanej bardziej lub mniej martwymi ciałami i resztką dobytku wyrzuconego na brzeg. Jest w wyraźnym szoku. W tym momencie nie potrafi nawet zapłakać.
Wasz długowłosy wybawiciel wraca, pomaga osłabłemu z wysiłku Franciszkowi podejść do malca.
Franciszek, masz wrażenie, że bijące w szaleńczym tempie serce rozsadzi Ci klatkę piersiową. Dodatkowo wysiłek sprawił, że niemal padasz z nóg. Wymęczony siadasz przy dziecku, czekając, aż nierówny oddech wróci do normy. Boli Cię każde stłuczone i otarte miejsce.
Panie są w podobnym stanie. Zapomniane w strachu kontuzje dają o sobie znać. Kostka Rebeccy jest niemożliwie opuchnięta, ale nie złamana. Każdy dotyk sprawia Ci ból, o chodzeniu bez pomocy drugiej osoby, lub laski możesz zapomnieć. Resztką sił, zaciskając z bólu zęby, w ostatnim wysiłku woli, na czworakach wypełzasz na piasek i kładziesz sie na plecach oddychając ciężko.
Obie Ewy są w lepszym nieco stanie, obite miejsca bolą jak jasna cholera. Jesteście potwornie zmęczone. Dodatkowo nadgarstek blond Ewy daje o sobie znać silnym pulsującym bólem. Rudej wciąż cieknie krew z rozbitej głowy. Obie pomagacie Peterowi wyciągnąć na piasek deskę, do której przywiązany jest przytomny,acz zaszokowany barman. Po bliższych oględzinach okazuje sie, że deska Sama, to sfatygowane drzwi kajuty nr 52.
Bezsilne, zagubione, siadacie obok leżącego wciąż na desce barmana i pozostałych. Patrzycie wszyscy po sobie w milczeniu, po chwili odwracacie wzrok ku oceanowi. Widok przyprawia was, o drżenie serca. Fale regularnie wyrzucają na brzeg pozostałości po katastrofie. Wszyscy byli byście szczęśliwsi, gdyby to były jedynie bagaże.
Ocalałych jest niewielu, na palżę prócz Was dotarło kilkoro wymęczonych i rannych osób. Kilku żywych wciąż płynie ku brzegowi. Ku Waszej radości widzicie w śród nich Theo i Dave'a. Obaj są ranni, jeden ma rozbita głowę, drugi jest poparzony. Podobnie jak wy wychodzą na plażę i zmęczeni padają na piasek.
Siedzący obok was Peter podrywa sie nagle. Rzuca pod nogi worek, który miał ze sobą. Bez słowa bierze deskę surfingową wchodzi do wody, kładzie sie na niej i wiosłując rękoma płynie z powrotem.
Jest jeszcze dość ciemnawo, wydaję Ci się, ze siedzisz w tej przeklętej wodzie ze dwie doby. Wiesz że w rzeczywistości nie minęło jakieś 5 godzin. W okół masz jedynie wodę, chyba tylko kapok trzyma Cie na jej powierzchni, bowiem nie masz już siły machnąć ani ręką ani nogą. Sytuacja jest beznadziejna, a w dodatku czujesz senność. Fale cięte lekkim deszczem kołyszą Cie. Całym wysiłkiem woli starasz się nie zamykać oczu. Powieki jednak, wbrew Twym wysiłkom opadają same.
Gdy je otwierasz czujesz, że rozbite usta masz pełne piachu, czujesz go również pod poranionymi dłońmi. Całe ciało wydaje Ci się odrętwiałe, jak by cudze. Podnosisz sie z wysiłkiem na kolana i odwracasz głowę za siebie. Widzisz:
Niemal na skraju horyzontu, po lewo zdaje Ci sie, że dostrzegasz łunę ognia, słyszysz również donośny, niesiony wodą huk eksplozji. Rozglądasz się zdezorientowany, Nigdzie nie widzisz żywego ducha. Po chwili zalega cisza. Jesteś sam.
[od MG - John dla ciebie na PW]
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Czuję każdy najmniejszy nawet mięsień ciała, rozbita głowa boli, jak diabli, rana piecze od słonej wody. Dotykam czoła dłonią, na palcach zostaje czerwony ślad. Rozbite miejsc nadal krwawi. Szorstki materiał kurtki boleśnie poobcierał mi skórę, przydała by się jakaś koszulka.Chwilowo nie mam siły, żeby się tym zająć. Patrzę beznamiętnym, ogłupiałym spojrzeniem w przestrzeń przede mną, w stronę morza i jeszcze nawet nie umiem się cieszyć z ocalenia. Nagle od naszej grupki odrywa się wysoka postać i z deską surfingową w ręcę zmierza w stronę wody, po chwili rzuca się na fale i płynie w głąb oceanu. Ten widok powoduje nagły przypływ sił. Zrywam się na równe nogi i pędzę w stronę wody.
-Peter, co Ty robisz?- krzyczę w jego stronę, ale mężczyzna nie słyszy mnie albo ma w nosie moje wrzaski. Odwracam się bezradnie do pozostałych rozbitków
-Czy on zwariował?- rzucam w przestrzeń- Jest równie wyczerapny, jak my. Nie da rady- mówię coraz ciszej i z nieskrywanym żalem. Ten sam Peter, za którego w barze nie dałabym funta kłaków, w obliczu zagrożenia okazał się bohaterem, ratując nas wszystkich. Zaczynam przyglądać się pozostałym twoarzyszom niedoli. Wszyscy są w opłakanym stanie, większość jest poobijana, Theo dodatkowo ma popażoną rękę. Przydałaby się nam jakaś pomoc; bandaże, lekarstwa. Mój wzrok przyciągają drzwi i leżący na nich Sam. Jest przytomny, ale widać, że w szoku. Nerwowo oblizuje spierzchnięte wargi; pewnie jest spragniony, a i ja czuję nieprzyjemną suchość w ustach. Rozglądam się po plaży, wokoło walają się pozostałości statku, jakieś skrzynki. Szybko podejmuję decyzje.
Paulov -Theo, spróbuj zdjać ubranie, póki jeszcze jest mokre, inaczej później zdejmiesz je razem ze skórą. Potem zasłoń poparzoną rękę od słońca. Jeszcze tylko brakuje, żebyś dodatkowo poparzył ją promieniami słonecznymi.
Klękam przy barmanie:
Sam
-Sam, Sam, słyszysz mnie?- wydawało mi się, że lekko skinął głową- Trzymaj się. Pójdę poszukać czegoś do picia.- Nie potrzebowałam specjalnie się przyglądać, żeby zauważyć, że noga wygląda źle. Była cała spuchnięta, obrzmiała skóra wygląda, jakby za chwilę miała eksplodować od nadmiaru zgromadzonej pod nią krwi.
Reszta -Spróbujecie przenieść go w stronę drzew, potrzebuje cienia. Wam też nie zrobi dobrze siedzenie na słońcu. Ja ruszam w poszukiwaniu czegoś do picia, lekarstw, och, co mi się tylko uda znaleźć przydatnego. Kto czuje się na siłach, niech idzie ze mną.
Zrzucam z siebie jedynie kapok i przezwyciężając strach i obrzydzenie, brodzę pośród zmasakrowanych zwłok w poszukiwaniach
Do MG--> Czy coś znajduję i co?
_________________ Z każdym dniem rosnie liczba osób, które moga pocałowac mnie w d*pę. Stan na dziś- 9 osób
Nie słuchając poleceń rudej siadam na plaży w słońcu, ale po chwili dociera do mnie jak mnie cholernie boli łeb. Dotykam jej, ale zaraz odrywam rękę z głowy w grymasie bólu.
Patrzę na rękę, ale całe szczęście nie ma na niej krwi. Ściągam z siebie koszulę idę w stronę
wody maczam w niej koszulę i przykładam do głowy. Widzę Petera i krzyczę mu:
-Co robisz!!??
Stopien uzależnienia: Uzależniony
Zaproszone osoby: 10
Wiek: 17 Dołączyła: 29 Gru 2005 Posty: 531 Skąd: Upper East Side
Wysłany: 2006-03-10, 15:55
Nawet leżąc, w ogóle sie nie ruszając czułam każdy mięsień. Bylam cała poobijana jednak najbardziej bolał mnie nieszczesny nadgarstek. Czułam na ustach, miedzy palcami, pod paznokciami drobinki piasku. Był już ranek. Słońce ledwo co wyszło zza horyzontu a grzało jakby było południe. Podparłam się i usiadłam. Rozglądałam się dookoła patrząc na garstke zywych osob. Z radością dostrzegłam w nich Rebecce, Ewe, Deva, barmana Sama, Pana Franciszka i małego chłopca. Najbardziej chyba ucieszyłam się z jego widoku widząc ze nic mu wielkiego nie jest. Troche się wystraszylam nie widząc nigdzie Petera. "Uratował prawie wszystkim nam życie a sam gdzies sie zapodział. Przysięgłabym ze widziałam go gdzies na brzegu"-pomyslałam. W tym momencie dobiegł do mnie krzycz rudowłosej Ewy:
"Peter, co ty robisz....Czy on zwariował?" W tem spojrzałam na ocean widzac Petera który płynął na desce. Sama byłam zdziwiona jego zachowaniem ale nic nie mowiłam, nie wtrącałam się. Zaraz Ewa znowu zaczeła mówic do nas :"Przeniescie Sama do cienia i sami tam idzcie. Ja ide szukac jakis lekarstw, wody pitnej, czego kolwiek. Jak ktos chce to niech idzie za mną" W pierwszej chwili chciałam isc za Ewą i jej pomoc ale postanowiłam jednak pomoc najpierw na plazy, pomoc, poprzenosic inne osoby pod cień. Wstałam i zwróciłam się do Panów:
"Jeśli ktos ma troche sił i jest w miare mało poobijany to prosiłabym aby przeniesc barmana Sama do cienia a reszta niech sama tez sie przeniesie pod cien drzew, palm"-powiedziałam. Sama zauwazyłam leżącą Rebecce i jej niesczesną kostke. Podeszłam do niej i powiedziałam:
"Rebecca...jak kostka? Chodź pomoge ci wstac i dojść do cienia. Lepiej bedzie jesli sie tam przeniesiemy"
_________________ Szczycę się sarkastycznym podejściem do życia.
__________________________________
for a pessimist, I'm pretty optimistic. ;}
Na plazy gdzie wylądowałem zobaczyłem jakies kamienie, palmy a ten cholerny piasek miałem wszędzie. Byłem zaskoczony gdzie wylądowałem, z pierwszego zutu oka wyspa wydawała sie bez ludna, nie wiedziałem co sie dzieje.Zmęczenie daje sie odczuc, ręce i nogi jakby z ołowiu. Nigdy nie czułem sie tak zmęczony i obolały, nawet po najdotkliwszym treningu siłowym. Ale stan przychiczny jeszcze gorszy, tego sie obawiałem, zawiodłem siebie i ludzi których miałem ochraniac, tylko ja przezyłem. Musze odpocząc chwile!
_________________ GREEN STREET HOOLIGANS
Ostatnio zmieniony przez Nord 2006-03-10, 17:33, w całości zmieniany 2 razy
Ból sprawił, że przyćmiło mnie na kilka minut. Czarnowłosy Peter (jak wywnioskowałem po krzykach dziewcząt) pomógl mi i Scotty'emu wydostać się z wody pełnej szczątków spalonego statku, ludzi i niezidentyfikowanych przedmiotów 'sensu largo'^. Słysząc przytomne polecenia rudowłosej Ewy, próbowałem wstać, ale organizm odmawaia posłuszeństwa. Serce i rozum by poszły, ale nogi nie chcą - zaświtało mu zdanie wypowiedziane przez pewną napotkaną dawno temu przypadkiem staruszkę. Niby jeszcze lata nie takie stare, a już tak ciężko. Zwłaszcza po tych przeżyciach. Teraz przysłowie 'audi multa, dic pauca'* wydawało się idealne, zważając na brak energii. Przyglądając się zszokowanemu chłopcu, przez kilka minut skupiałem w sobie całą zatrzymaną jak dotąd energię. Mały nic się nie odzywał, z resztą ja sam również. Położyłem się na prażącym słońcu, więc nie wytrzymałem długo. Prosząc zachrypniętym głosem Scotty'ego, żeby się nie martwił, poprowadziłem go za rękę w cień drzew. Ocalałych było niewiele, toteż nikt za bardzo nie kwapił się do przeniesienia Sam'a, a osób szukających jakichś przydatnych rzeczy również było tylko tyle, że spokojnie można było policzyć ich na palcach jednej ręki. Widząc odpływającego Peter'a pomyślałem, że może chce obszukac zwłoki w poszukiwaniu prowiantu, ale stwierdziłem, że chyba nikt sie na to nie zdobędzie, chociaż jest coś takiego niezbędne do odzyskania sił. Słona woda nie nadawała się do picia, a zanim ktoś po nas przybędzie, minie kilka godzin. Starając się nie zważać na wszechogarniający mnie ból, podszedłem do ledwie przytomnego rannwgo, który spoczywał nadal na drzwiach kajuty nr 52. Może nie byłem w stanie sam, a nawet z czyjąś pomocą go przenieść w stronę cienia, ale mogłem zasłonić samym sobą słońce padające na zmęczoną twarz i pocieszyć poszkodowanego, którego noga była w wyjątkowo złym stanie i bez szybkiej pomocy wykwalifikowanego lekarza, mógł ją stracić. W końcu 'beatus, qui prodest, quibus potest'** i jak może. Mam nadzieję, że zdąża go uratować - pomyślałem z ulgą siadając na rozgrzanym piasku i uśmiechając się niemrawo do rannego.
^ w znaczeniu szeroko pojętym
* słuchaj dużo, mów niewiele
** szczęśliwy, kto pomaga, komu może
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Słysząc, że odpowiedzi chyba nie dostanę biegnę w stronę wody, ale zaświtała mi pewna myśl. Zatrzymałem się i krzyknąłem do Rudej, która chciała zdobyć dowodzenie wśrod rozbitków:
-Może spróbujcie rozpalić ognisko na wypadek gdyby nas szukali!
Po czym wskoczyłem do wody i zacząłem płynąć w stronę Petera kraulem...
Nie sądziłem, żeby ognisko mogło pomóc w odnalezieniu nas. Oni maja swoje sposoby, czarne skrzynki i tym podobne. Z resztą nawet jeśli, to teraz jest dzień i to nam raczej nie pomoże. Będzie dym, skwar jest wytarczający i na dodatek ogień jest teraz mało potrzebny. Co innego wieczorem, ale wtedy już będziemy najprawdopodobniej w domu.
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Ostatnio zmieniony przez Fiona 2006-03-10, 20:47, w całości zmieniany 1 raz
Pierwsze co poczułam kiedy dotknęłam gołą stopą dna, to wielka, ogromna radość. Nigdy nie czułam sie lepiej...przynajmniej duchowo. Bo co do stanu mojej kostki to nie mogłam tego nazwać "dobrym". Była opuchnięta, nawet sina. Ale dzięki Bogu przeżyłam i to było najważniejsze. Po chwili usłyszałam zmęczony ale pogodny głos Ewy. Odwróciłam sie dalej na wpół leżąc - Taa nic mi nie jest...fajnie że żyjemy - Głupio odpowiedziałam, ale to była najszczersza racja - OK ja sama wstane i pójdę pod te palmy... - Puściłam do niej oczko i podparłam się mocno rękami. Po chwili stałam już podtrzymując choć na chwilę ciężar ciała na jedną nogę. Zaraz ruszyłam kulejąc, ale jakoś dawałam sobie radę. Powiedziałam do wszystkich, a niby do siebie - Trzeba będzie coś zrobic z tymi ciałami, ale narazie je przeszukajmy, chociaż z zewnątrz... - Nie wiem czemu ale się nerwowo odwróciłam Zobaczyłam Petera płynącego jak gdyby nigdy nic na desce surfingowej - No tak cały Peter... - stwierdziłam wtrzeszczając na niego oczy. Zoabczyłam też niedaleko Dave'a płynącego w jego stronę - Czy on zwariował do reszty?! - Krzyknęłam i wpatrywałam się w Dave'a. Spuściłam jednak wzrok. Nawet jakbym chciała to nie dała bym rady ich uratować...o ile im coś groziło. Po chwili byłam już pod palmą - A ty jak się czujesz Ewa? - Spoglądnęłam na jej czoło i stwierdziłam, że nie najlepiej...Siadając zaraz pod palemką przypomniałam sobie o tych ludziach...którzy pływali beznamiętnie wokół nas twarzą do dna...przeszły mnie ciarki...to cud że tak dużo osób żyje. Złapałam się ni z tąd nizowąd za kostkę i zarazz ją gwałtownie puściłam czująć wielki ból. Ehh ja sie tak przejmuje moją kostką, a co ma powiedziec Sam...biedak. Nad nim stał pan Franciszek przysłaniając mu wspaniałomyślnie Słońce. Powiedziałam do Ewy - Trzeba go faktycznie przenieść..tylko we trójkę nie zdołamy, trzeba co najmniej 5 osób, bo każdy jest zmęczony.
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Odchodząc obejrzałam się jeszcze raz za siebie. Franciszek już zaniósł chłopca w pobliże palm, dziewczyny też tam się przeniosły. Jeden z mężczyzn, chyba miał na imię Dave, właśnie zamoczył coś w wodzie i zrobił sobie z tego kompres na rozbitej głowie. Nie był to zbyt mądry pomysł, otwarta rana musiała od słonej wody boleć go, jak cholera. Nikt, niestety, nie spieszył się z przeniesieniem Sama, a w jego wypadku pobyt na słońcu, to była pewna gangrena. Na szczęście Franciszek usiadł w jego pobliżu i dzięki temu chociaż twarz barmana była w cieniu. Ktoś do mnie krzyczał coś o rozpaleniu ognia. Po co nam ogień w dzień? I co nam po ogniu, gdy umrzemy z pragnienia? Każdy z nas jest odwodniony i wyczerpany, słodka woda w takim wypadku to priorytet. Już miałam ruszyć dalej plażą, kiedy w oko wpadła mi torba, którą Peter rzucił przy brzegu. Pewnie nie taszczył jej ze sobą taki kawał drogi bez sensu. Postanowiłam przeszukać jej zawartość, pomimo niebecności właściciela.
Do MG--> co kryje tajemnicza torba?
_________________ Z każdym dniem rosnie liczba osób, które moga pocałowac mnie w d*pę. Stan na dziś- 9 osób
Po paru godzinach wstałem, jusz nie odczuwałem tego zmęczenia, poszedłem się upewnić czy na pewno jestem sam, na tej piekelnej wyspie, po-chodziłem parę godzin nie wiem ile bo zegarek mi stanął, pewnie po zalaniu (tani japoński szmelc), pozbierałem trochę owoców i drzewa na ognisko, nie wiem czemu ale nie czuje się tu zagrożony, nic mi tu na razie nie przeszkadza, morze dlatego bo jestem tu tylko pare godzin, trzeba zrobic to ognisko bo morze ktoś przypłynie poszukiwaniu mo jego szefa i znajdzie mnie. Puzniej musze znaleźć jakies mięso, bo jeśli nikt po mnie nie przypłynie, trudno będzie wyrzeć z samych owoców a takze poszukac jakąś wode
Stopien uzależnienia: Fan
Wiek: 20 Dołączył: 31 Sty 2006 Posty: 161 Skąd: New Sacz City
Wysłany: 2006-03-10, 19:32
Zgodnie z zaleceniami Ewy zdjąłem odzież z górnej części ciała i udałem się do zacienionego miejsca. Choć chciałem pomóc ludziom próbującym opanować sytuacje na plaży, to moja ręka uniemożliwiała mi jakąkolwiek akcję. Była w opłakanym stanie. Bałem się, że w miejsce rany wda się infekcja, ale postanowiłem narazie nie podejmować żadnych działań i poczekać na Ewę, która w moim odczuciu znała się trochę na pierwszej pomocy... Oparłem się o drzewo i zaciskając zęby, czekałem aż cała sytuacja się trochę uspokoi...
_________________ Remember: A tricky time never stops...
Z minuty na minutę rośnie temperatura powietrza jest duszno, teraz nawet odniesione rany nie są tak problematyczne jak pragnienie. W ustach czujecie potworną suchość, drapnie. Nawet przełykanie śliny sprawia Wam ból.
Pozostali rozbitkowie albo leżą niemal bez życia, albo tępo wpatrują się w ocean przed sobą. Starsza kobieta płacze bezgłośnie, łzy płyną jej po twarzy. Porusza ustami, być może się modli, być może przeklina los. Ktoś inny, poważnie ranny woła o wodę. Co silniejsi uciekają w cień drzew.
Fiona
Stoisz nad Samem, wiesz że sam nie jesteś w stanie go przenieść, a Peter zniknął. Niemal wszyscy mijają Cię obojętnie, każdy wydaje sie dbać o siebie. Scotty kucający pod palmami, tuż obok dwójki znajomych dziewcząt zatyka uszy patrząc tępo przed siebie buja sie na piętach w tył i przód. Ma popękane usta, aż dziw że wyszedł z tego cało.
Nomos
Zaglądasz do torby, aż uśmiechasz się, na widok zawartości. W środku widzisz nóż, nożyczki, zapakowane, suche, jałowe bandaże, plastry opatrunkowe, wodę utlenioną, maść gojącą i przede wszystkim wodę pitną. Jest jej cztery litrowe butelki, które wraz ze znalezionymi wcześniej pięcioma butelkami, stanowi dobry początek.
Boone
Peter jest dość daleko, Ty z każdym metrem opadasz z sił. Potworne zawroty głowy przyprawiają Cię o mdłości, a mroczki przed oczami utrudniają widoczność. Zdajesz sobie sprawę, że jak nie zawrócisz pójdziesz na dno.
[od MG – rzut na kondycje obniżoną o połowę z powodu przemęczenia - „wylosowano z k20:17, abyś mógł dopłynąć, wynik musiał by wynieść 6 lub mniej]
----------------------------------------------------------------------------------------
Nord
Sen i owoce pokrzepiły Cię trochę, jednak pragnienie, każe Ci szukać źródła wody pitnej. W tym upale nie przetrwasz bez niej długo.
Wokół Ciebie panuje cisza, zakłócana jedynie świergotem i krzykiem tropikalnych ptaków. W miejscu, gdzie widziałeś łunę, obecnie nie widzisz nic. Przez moment zastanawiasz sie, czy był to jedynie omam zmęczonego człowieka, czy też sytuacja miała rzeczywiście miejsce.
[odMG – Nord, na bogów używaj proszę worda, bo ciężko czytać, a generalnie idzie Ci dobrze ]
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Widząc niemal krzyczących ludzi z prośbą o wodę dostrzegam Rudowlosa Ewę . Sama jestem spragniona, zmęczona i czuję się bardzo źle...oczy snują na pół nieprzytomne spojrzenie...jednak wpadam na pomysł żeby poszukąc czegookolwiek do potpurki, bo tak bardzo trudno mi iść. Zmęczonym spojrzeniem wodzę wzrokiem dookoła i dostrzegam jakięs trochę krzywy kij. wstaję nagle spod palmy i podchodzę z niemałym wysiłkiem do niego i biorę go w rękę. Kiedy się odwracam widzę rudowłosą Ewę która usmiecha się lekko... Postanawiam do niej podejść. Idę chwilkę, bo moje tempo chodu nie jest za szybkie. Kiedy staję obok nie mówię -Eee czy znalazłaś coś pośród zwłok tych ludzi? Weźmy np...wodę pitną? - Zapytałam z nadzieją i słabością w głosie. - Aa i czy pomoglabyś nam przenieść tego barmana do cienia? Bo wygląda coraz to gorzej - moje usta skrzywiły się w lekkim grymasie, po czym stanęłam czekająć na odpowiedź Ewy. Nie czułam już bólu. Czułam wielkie pragnienie...
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Właśnie kończyłam chować do torby Petera znalezione skarby, kiedy podeszła do mnie Rebecca z pytaniem, czy nie mam wody. Przerzuciłam torbę przez pierś i odpowiedziałam z uśmiechem podając jej jedną butelkę:
Rebekasa -Tak, tylko pamiętaj, żeby pić małymi łyczkami i niezbyt wiele. Przy odwodnionym organizmie zbyt wiele wody na raz szkodzi. Podziel się tą butelką z kimś jeszcze. Na razie znalazłam tylko 9 butelek, a nie wiem, na jak długo muszą nam starczyć. Przenieśmy jak najszybciej Sama, a potem obejrzymy resztę rannych. Znalazłam też opatrunki i maści.
Pomogłam iść Rebecce, czas się bardzo liczył. Wspólnymi siłami z Franciszkiem i Ewą przeciągnęlismy drzwi z Samem do cienia. Noga wyglądała naprawdę paskudnie. Poza tym, nie był jedyną osobą wymagającą pomocy. Theo siedział pod drzewem i widać było, że bardzo cierpi, Rebecca bardzo mocno kuśtykała-widać było,że dokucza jej noga. Reszta też była mniej lub bardziej poobijana. Zdałam sobie sprawę, że sama nie dam rady, tym bardziej, że rana na głowie dokuczała mi coraz mocniej. Przypomniałam sobie, jak Ewa pomogła mi na statku.
Mumin -Pomożesz mi?- zapytałam ją z nadzieją w głosie- Samowi pomogły by już chyba tylko antybiotyki. Chwilowo ich nie ma i wątplie, żeby się znalazły. Jedynym rozwiązaniem wydaje mi się założenie opaski uciskowej. Nogi nie uratujemy, ale może infekcja się nie rozwinie. A Ty jak myslisz?- i rzuciłam do Franciszka i Rebecci
Fiona i Rebekasa
-Rozdajcie wodę. Pamiętajcie, że jedna butelka musi być dla minimum 2 osób. Niech piją małymi łyczkami.
Sama zwilżyłam barmanowi usta i zabrałam się do rozcinania nogawki spodni, czekając na pomoc Ewy.
_________________ Z każdym dniem rosnie liczba osób, które moga pocałowac mnie w d*pę. Stan na dziś- 9 osób
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum