Już nawet Sam wygląda na mocno zaniepokojonego. Bez zapału przeciera swoje szklaneczki. Josh gdzieś zniknął. Barman kiwa w twoim kierunku ciemną głowa.
- Spłatał nam Pacyfik niespodziankę. Myślałem, że to kolejna nie mająca znaczenia, marana „burza w szklance wody”. Tymczasem wyglada to, jak by do tej „szklanki „ ktoś wsadził grzałkę - wzdycha – Niech pani spojrzy – wskazuje na Petera, który tymczasem odpłynął, usypiając z nosem na barze – takiemu to dobrze, obudzi sie jutro, i jedynym jego zmartwieniem będzie kac... Cholera naprawdę mam dość tej robo...
Sam nie dokończył, statkiem szarpnęło tak mocno, ze starszy człowiek nie utrzymał równowagi i przewrócił się. Niezwykle głośny grzmot, miałaś wrażenie odbił się echem. Chyba nastąpiło krótkie spięcie, światło przy dźwiękach typowych przy zwarciach instalacji zgasło, pustawe wnętrze oświetliła błyskawica, słyszysz jak Sam klnie cicho, próbując po omacku wstać. Po chwili światło na powrót rozjaśnia wnętrze. Barman stoi już na na nogach rozcierając dłonia potężnego guza na czole. Ze skrzywionym grymasem bólu uśmiechem – jak zwsze profesjonalny;) zaraca sie do Ciebie:
Niech pani zrobi mi tą przyjemność i wróci do kajuty. Nie wygląda to ciekawie... W pokojowych szafach są kapoki... Mam nadzieje, że nie będzie musiała go pani użyć. Dobranoc...
Do Graczy
Za bulajami ciemno, jak oko wykol. Normalnie o tej porze gorący, wczesny, letni wieczór, ustępował by miejsca przyjemnemu chłodowi letniej, pogodnej nocy. Tymczasem za oknami bło niezwykle mrocznie i cóż zdecydowanie nie przyjemnie. Do efektów w postaci deszczu dołączyły wkrótce głśne grzmoty, a aksamitną czerń nieboskłonu przecinały raz po raz zyagzaki błyskawic. Statkiem co raz mocniej kołysze. ci z was, którzy jescze nie śpią są świadakmi potężnego wyłdowania atmosferycznego, po którym na statku zapada kilkunastosekundowy mrok. Po chwili elektryka wraca do normy i koarytarze, pokoje i inne pomiesczenia na statku na powrót zalewa potok światła.
[od MG - drodzy panowie i panie, dzis piszcie jescze w tym topiku, jutro dadam coś od siebie i złozę nowy topik
--Boone--, ta kretynak, nie jest oficerem, na nawigacji się nie zna, a słońca niemal od rana na niebie nie było ]
_________________ Droga mamo, wszystko w porządku. Jestem na wyspie i idą do nas ci od czarnego dymu. Moc całusków...
Ostatnio zmieniony przez Allisha 2006-03-06, 21:25, w całości zmieniany 1 raz
Idę z parasolem i już mam się wracać kiedy strzela potężna błyskawica, gasną wszytski światła a ja leżę bez ruchu na podłodze...myślę wtedy oo...pustce...jest ciemno, ja nie mogę się ruszyć...wzięłam się za siebie i zdołałam przeczołgać się by sięgnąć po parasol, ale ten toczy sie powoli i znika w ciemności...Nie chcę już tu być, chcę być na lądzie...rozpaczliwie wołam o pomoc... łapię się za bolącą kostkę. Chyba jest skręcona...dzięki Bogu że nic więcej. Podtrzymując się poręczy próbuję wstać, lecz kiedy to robię znowu omal się nie przewracam. Jednak podtrzymując się mocno zaciskając dłonie idę ze "wsparciem". Kiedy dochodzę do mojej kajuty, otwieram ją jakoś i wpadam do pokoju. Zamykam się od środka, głupia, myśląc że komuś chciałoby się teraz wyjść i tu wejść... Padam na łóżko, myśląć o jedzeniu. Dziś to już bez sensu...ale przypomniałam sobie o jakichś ciastkach z rodzynkami które trzymałam przez cały czas w torebce, w drodze na port. Wyciągam je i zjadam jednego ze smakiem. Zawsze coś - byłam strasznie głodna. Miałam jeszcze w torebce batonika Snickersa, ale zostawiam go na "czarną godzinę". Zdejmuję buty i zaglądam do wszytskich szafek w pokoju. Przed wyjazdem dobrze że zapytałąm się o kapoki...i przypomniałam sobie że są w którejś szafce. Przeszukałam wszystkie i znalazłam dwa w najwiekszej szafie w której trzymałam żakiet, który teraz miałam na sobie i koszulę. Wzięłam kapok i położyłam go starannie na łóżko. Zaewsze byłam zaradna...teraz też nam sie uda...Nie ma co ryzykować. Usiadłam na łóżku i trzymałam w prawej ręce nerwowo górę od kapoku. Nie dość że byłam na pełnym morzu sama to jeszcze kołysało mną we wszytskie strony...-Ojj Rebecca lepiej być nie mogło... - powiedziałam sama do siebie...
_________________ You say on me...
B - [beautifull]
I - [ideal]
T- [talented]
C- [competence]
H- [honey]
...
Yes, I am Bitch
Nagle uderzył potężny grzmot. Wstałem, teraz wiedziałem, że dzisiaj nie będe już spał... Jakby przeczuwając, że niedługo stanie się coś złego spakowałem do torby kilka ubrań, wodę, colę, jedzenie i ittb.(I Takie Tam Bzdety ) Otworzyłem kajutę... Coś się zbliża.
Siedząc i trochę plątając się po kajucie szukałem dla siebie zajęcia. Niestety w tych warunkach chyba nic nie udałoby mi się znaleźć. Nie dość, że płyniemy niezgodnie z kursem, nie mamy łączności... może być kiepsko. Ale przecież obsługa by wszystkich zawiadomiła... 'explicite'* jest aż tak źle, że nie mają czasu latać po kajutach i wszystkich uspokajać. Niedobrze, niedobrze - przez te rozmyślania omal nie dostałem gorączki. Piłeczka sturlała się z szafki nocnej, na której ją położyłem. Niedobrze. Statkiem coraz bardziej kołysało, na zewnątrz byrza jak się patrzy. W pewnym momencie było tak silne wyładowanie atmosferyczne, że na kilka sekund zabrakło światła. Na moje nieszczęście, nie zdołałem utrzymać równowagi. Runąłem jak długi przecinając samym sobą małą kajutę. Grzmoty były coraz silniejsze, Scotty omal nie spadł z łóżka. Teraz zacząłem już panikować. Zapomniałem o głodzie, śnie. Nie byłbym w stanie nic zrobić. Usiadłem na podłodze, opierając się tyłem o łóżko. Chyba trzeba podjąć jakieś kroki... zastanawiałem się nad kapokami, a nawet pakowaniem się, choć było to zupełnie bez sensu, ale nie mogłem się ruszyć. Zdenerwowanie ogarnęło mnie, przenikając do szpiku kości. Dopiero po kilku minutach opanowałem się. 'Aut Caesar, aut nihil'**. Szybko wstałem i podtrzymując się wszystkiego, co było pod ręką, sięgnałem szafy. 'Praevenire melius est quam praeveniri'***... przez katastrofę.
* wyraźnie
** być Cezarem lub nikim (wszystko albo nic)
*** lepiej jest wyprzedzić, niż być wyprzedzanym
_________________ Zycie tak wiele od nas wymaga... dlaczego czasem nie daje rady?
Ostatnio zmieniony przez Fiona 2006-03-07, 18:17, w całości zmieniany 1 raz
Stopien uzależnienia: Uzależniony
Zaproszone osoby: 10
Wiek: 17 Dołączyła: 29 Gru 2005 Posty: 532 Skąd: Upper East Side
Wysłany: 2006-03-07, 15:29
Po tym co usłyszałam od Sama wywnioskowałam, że musi być naprawde niezbyt dobrze. Wspomniał nawet o kapoku. Wystraszona tym wszystkim pozegnałam się szybko z Samem i tak jak powiedział udałam się szybko do kajuty. O kolacji i innym jedzeniu nie było już mowy. Prawie biegłam do swojej kajuty obijając sie od ściany do ściany. W pewnym momencie tak zakołysało statkiem, że wpadłam na drzwi mojej kajuty o mało nie nadziewając się na klamke. Poczułam ból w okolicach prawego kolana. "Jezu...jeszcze tylko tego brakuje zebym złamała sobie noge albo coś'-pomyslałam. Mimo bólu wstałam jak najszybciej, otworzyłam swoją kajute i poleciałam na łóżko jak pień. Przypomniało mi się jak Sam mówił o kapoku. Wstałam więc podpierając się o wszystko co było w zasiegu moich rąk i podeszłam do szafy. Nie namyslając się długo powywalałam wszystkie ciuchy na podłoge poszukując kapoku. "Dzięki Bogu jest!"-powiedziałam wyciągając kapok. Nagle rozległ się grzmot. Takiej burzy to ja w życiu nie widzialam. Połozyłam kapok koło łóżka na podłodze nasuwając na niego lekko małą szafeczke aby przy mocniejszym kołysaniu statku mi nigdzie nie poleciał. Sama się położyłam na łożku zakrywając się cała kołdrą mając nadzieje, że nic się złego nie stanie.
_________________ Szczycę się sarkastycznym podejściem do życia.
__________________________________
for a pessimist, I'm pretty optimistic. ;}
Nie wiem, jakim sposobem udało mi się bezpeicznie dotrzeć do kabiny. To pewnie zasługa troskliwej opieki Theo, który własnym ramieniem osłaniał mnie przed niebezpieczeństwem. Ledwie zamknęłam za sobą drzwi, kiedy potężne wyładowanie chwilowo odcieło dopływ prądu na statku. Ruszyłam po omacku do koi i zaraz uderzyłam się w prawą kostkę o jakiś niezidentyfikowany przedmiot. Za chwilę światło rozbłysło i oślepiło mnie na sekundę. To jednak wystarczyło, żebym nie zauważyła, że już dobrnęłam do miejsca przeznaczenie i uderzyła się o brzeg łożka w lewe kolano. Tak kontuzjowana, postanowiłam się położyć i przespać po prostu ten sztorm. Zapadłam w krótką i niespokojną drzemkę. Ze snu wyrwała mnie jakaś silniejsza fala; kołysanie statku w połączeniu z wypitym wcześniej alkoholem spowodował nieciekawą mieszankę. Poczułam, że wszystko podjeżdża mi o gardła. Z trudem zwlokłam się z łóżka i pokuśtykałam w stronę łazienki. Stłuczenia bolały mnie nieznośnie, na szczęście nic nie było złamane. Spojrzałam na swoją wymęczoną twarz w lustrze i opłukałam ją chłodną wodą, próbując w ten sposób przywrócić dobre samopoczucie. I nagle mnie olśniło! W przebłysku jasnowidzenia, już wiedziałam, co mnie czeka! Nie dopłynę do Sydney! Statek ulegnie awarii i rozbijemy się u podnóża tajemniczej wyspy, gdzie nikt nas nie znajdzie! Drżącymi dłońmi zaczęłam wrzucać kosmetyki do saszetki. Szczoteczka do zębów i perfumy są w takim wypadku niezbędne. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. No! tutaj już wszystko. Teraz trzeba zająć się rzeczami. Powlokłam się do kabiny, wyjęłam z szafki walizkę, przy okazji zauważyłam kapok-tez go zabrałam. Wrzuciłam wszystkie rzeczy byle jak do walizki, upchnęłam kolanem, z szafki zgranęłam kilka paczek ciastek, parę kanapek i 2 butelki wody mineralnej, które zawsze ze sobą nosiłam, na wszelkie wypadek. Załozyłam na siebie kapok, rzemykiem przywązałam walizkę do prawego nadgrastka i położyłam się na koi. Teraz już byłam gotowa na najgorsze
Nie wiem, jakim sposobem udało mi się bezpiecznie dotrzeć do kabiny. To pewnie zasługa troskliwej opieki Theo, który własnym ramieniem osłaniał mnie przed niebezpieczeństwem. Ledwie zamknęłam za sobą drzwi, kiedy potężne wyładowanie chwilowo odcieło dopływ prądu na statku. Stanęłam jak sparaliżowana przy drzwiach do czasu, aż ponowna fala światła nie zalała kajuty. W duchu bardzo żałowałam, że dałam Theo odejść. Obojętnie, co by sobie o mnie pomyślał, po prostu się bałam, a w jego towarzystwie czułam się bezpieczniej. Wyjrzałam nawet za drzwi, chcąc go zawołać, ale korytarz świecił pustką. Wróciłam do kabinyi ruszyłam do koi kołysząc się z boku na bok w rytm fal morskich i obijając się o nieliczne sprzęty. Siadłam na niej i zaczęłam rozmyślać, co dalej? Może spróbuję się przespać? Wolałam jednak nie zdejmować ubrania. Wszak strzeżonego...Położyłam się w ciuchach, przymknęłam oczy i zaczęłam przywoływać zbawienny sen. Po prostu chciałam sztrom przespać. Nie czułam się najlepiej, alkohol plus kołysanie tworzyło niezbezpieczną kompilację. Wypite drinki i zmęczenie zrobiły jednak swoje, zapadałam w krótkie, niespokojne drzemki, z których często budziłam się z uczuciem silnego niepokoju, by po chwili popaść znowu w płytki sen, przez który przewijały się jakieś nieskonkretyzowane koszmary
_________________ Z każdym dniem rosnie liczba osób, które moga pocałowac mnie w d*pę. Stan na dziś- 9 osób
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum